Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

Recenzja filmu: ZIARNO PRAWDY (2014)

W Sandomierzu dochodzi do brutalnego morderstwa. Śledztwo prowadzi prokurator Teodor Szacki (Robert Więckiewicz), przy pomocy oficera policji (Jerzy Trela) oraz miejscowej pani prokurator (Magdalena Walach). 

Muszę zaznaczyć, że nie czytałam wcześniej książkowego pierwowzoru. Tak więc mamy tajemnicę, wiarę(niewiarę) w legendy, rytualne morderstwo, surowego pana prokuratora. Wszystko pięknie, ładnie, osobiście do końca nie wiedziałam, kto jest sprawcą... No może wątek z Klarą (Aleksandra Hamkało) mało potrzebny. Dialogi świetnie skrojone, a cytat "To jest Polska, za coś musieli ją nienawidzić", czy metaforę o żółci  na długo zapamiętam ;) Są jak na kryminał/thriller przystało zwroty akcji, niejednoznaczne sytuacje etc, etc. Dodatkowo świetnie ukazane są relacje prokurator-policja. 

Bardzo za grę trzeba pochwalić przede wszystkim Krzysztofa Pieczyńskiego. Jego rola to istny majstersztyk. Przez to rola Więckiewicza jako surowego pana prokuratora blednie, ale i tak również jak zawsze pozytywnie. Jerzy Trela oczywiście z klasą, na plus również epizod Arkadiusza Jakubika. Kobiet w filmie prawie nie ma, jak już to role epizodyczne. Walach zagrała poprawnie i dalej nie jestem zbytnią fanką gry Aleksandry Hamkało, zwłaszcza w scenach "wyrażam emocje". 

Strona wizualna prezentuje się bardzo dobrze, zdjęcia również. Ciekawa czołówka oraz pasująca klimatycznie muzyka Abela Korzeniowskiego

Jeśli ktoś chce pójść do kina na kino gatunkowe i obejrzeć interesujący kryminał to z całego serca polecam. Produkcja ta zawiera wszystko to, co oczekuje się od kryminału. O tyle mile się to ogląda, że aktorstwo jest na wysokim poziomie.  Oczywiście jak zastrzegłam na początku jest to opinia czysto filmowa, książki niestety nie czytałam. 

Next Film nieźle sobie poczyna, najpierw "Bogowie", teraz "Ziarno prawdy". Z zaciekawieniem będę oczekiwać ich kolejnych produkcji. 

premiera: 30 stycznia 2015
reżyseria: Borys Lankosz
scenariusz: Borys Lankosz, Zygmunt Miłoszewski
zdjęcia: Łukasz Bielan

sobota, 20 grudnia 2014

Recenzja filmu: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (2014)

Co tu dużo opisywać fabułę, gdyż sam tytuł wiele zdradza ;) Są Smaug, orkowie, a raczej ich nieskończona  ilość, wiele elfów i krasnoludów. Z resztą oprócz oczywistych powiązań fabularnych z Władcą Pierścieni, to konstrukcja trylogii Hobbita jest podobna. Pierwsza część to przywitanie i powolne rozwinięcie akcji, w drugiej przedsmak tego, co czeka nas w trzeciej finalnej, czyli epicka rozpierducha. 
źródło tumblr.com

Mamy wiele zwrotów akcji, emocji, wydarzeń, walk. Lecz oprócz tych oczywistości mamy również wiele smaczków, nawiązań do wcześniej wspomnianego Władcy, zabawnych sytuacji (np. patrz postać Alfrida), czy po prostu przerysowanie postaci ( przede wszystkim elfy, ale nic nie przebije Legolasa!). W sumie niby to samo, a jednak inaczej. Ogląda się z zaciekawieniem i już. W ogóle, mi oddanej fance Śródziema ciężko ocenić ten film, jak i całą trylogię. Dla mnie była rewelacja. Można się czepiać, że było wiele absurdalnych scen, ale jednak pamiętajmy, że to film z gatunku fantasy.

Aktorsko jest również bardzo ciekawie, wiadomo, sir Ian McKellen nie zawodzi. Martin Freeman również świetnie i bardzo dobrze dźwiga brzemię głównego bohatera, w przeciwieństwie do odtwórcy roli Froda we Władcy, ale o tym nie dzisiaj :) Krasnoludy, elfy, no wszyscy dają z siebie wszystko, na czele z Lee Pace

Jeśli ktoś jest fanem Tolkiena bądź idzie do kina, żeby zobaczyć dobrą przygodę fantasy to myślę, że się nie zawiedzie, gdyż produkcja zapewnia dobrą rozrywkę. Na marginesie wspomnę tylko, że lekko irytowały komentarze ludzi na maratonie w stylu: "no, spałem 2 części, na trójce też pod koniec, taka nuda hahaha". Nie wiem, czy niektórzy ludzie chodzą na Hobbita, bo jest niby taka moda? Czy jest raczej moda na spanie w kinie, bądź krytykowanie? :) 

Nie będę oceniać która część Hobbita była lepszą bądź która bitwa była tą ciekawszą, bo szczerze ciężko stwierdzić.

Na koniec tylko wspomnę, że tak jakoś będzie teraz smutno bez oczekiwania na kolejną premierę, ale cóż trzeba żyć dalej ;)



p.s. Muszę to napisać, jak ja nie lubię orków! :D 


poniedziałek, 17 listopada 2014

Zbrodnie na dwóch krańcach Polski, czyli recenzja Watahy i Zbrodni.

WATAHA

Teren Bieszczad to od 10 lat granica UE, więc nie dziwne, że jest to bardzo strategiczne miejsce. Serial opowiada o losach tamtejszej Służby Granicznej, która musi się zmagać na służbie z wieloma niebezpieczeństwami. Głównym bohaterem staje się kpt. Wiktor Rebrow (pasujący do tej roli Leszek Lichota), który jako jedyny przeżył zamach bombowy na jedną ze strażnic SG. Prokurator (Aleksandra Popławska) prowadząca śledztwo stara się rozwikłać, kto może stać za tym niespodziewanym atakiem. 

[źródło tumblr.com]

Miniserial HBO rozkręca się bardzo powoli. Po pierwszych dwóch odcinkach nie było źle, ale czegoś brakowało. Na szczęście kolejne dwa epizody to potężna dawka wydarzeń i zwrotów akcji. Tempo serialu i tajemnica sprawiają, że tak naprawdę nie wiadomo, kto jest w tej sprawie czysty. I kto w co gra. Z kolei ostatni odcinek początkowo mnie rozczarował. Niemniej zakończenie bardzo mi się podobało. Z jednej strony odkryto wiele kart, ale do ostatecznie do finalnego rozdania nie doszło. Jest wiele niedomówień, niedokończonych spraw. Mi taki obrót sprawy się podoba. 
Czytałam, że twórcy mają jednak pomysł na 2. sezon, więc piłka jest po stronie HBO. Mam nadzieje, że jeśli zdecydują się na 2. serię, będzie ona równie tajemnicza i nie zabiją klimatu jedynki. Bo czasami lepiej zostawić lekki niedosyt, niż się przejeść...

Aktorsko jest bardzo dobrze. Ciężko kogokolwiek wyróżnić, gdyż każdy wykonał kawał roboty. Ciekawie jest też przedstawiona pani Prokurator. Irytująca, ale z drugiej strony potrafi zaskoczyć widza. Do tego rewelacyjne ujęcia Bieszczad, czego chcieć więcej. Co prawda na samej pracy SG Wataha nie skupia się zbyt dobrze, ale trzeba przyznać, że jest to porządny sensacyjny serial. 

serial sensacyjny, 6 odcinków
reżyseria: Michał Gazda, Kasia Adamik, Marek Lechki
obsada: Leszek Lichota, Bartłomiej Topa, Aleksandra Popławska, Andrzej Zieliński, Dagmara Bąk, Magdalena Popławska, Marian Dziędziel, Jacek Lenartowicz i in. 

Ocena [8/10]
***

ZBRODNIA

Z kolei w produkcji AXN przedstawiono losy komisarza Tomasza Nowińskiego (Wojciech Zieliński), który dostaje sprawę morderstwa na Helu. Jako, że zbliża się sezon wakacyjny "góra" chce szybkiego rozwikłania sprawy.


W przeciwieństwie do Watahy, miniserial AXN rozkręca się od samego początku. Dwa odcinki są naprawdę ciekawe, wciągają widza. Niestety finał, poza ciekawym rozwiązaniem zagadki pozostawia wiele do życzenia. Dodatkowo bardzo schematycznie i jakby na siłę wplątano tutaj nikomu niepotrzebny wątek romansowy. Nudził bardzo i był dla mnie bardzo niewiarygodny. A szkoda, bo ten serial pod początku miał bardzo duży potencjał. Dodatkowo zachowanie postaci granej przez Magdalenę Boczarską po tym jak opuszcza przyjęcie na cześć teściów dziwne i mało logiczne. 

Aktorsko nie jest źle, ale też szału nie ma. Jest interesująca zagadka, początkowo klimat, ale niestety finałowy odcinek bardzo rozczarowuje. Tak więc w przeciwieństwie do Watahy, Zbrodnia na początku odkryła wszystkie interesujące wątki, a później próbowano zapchać resztę czasu antenowego. A szkoda, gdyż wydawało się, że będzie to naprawdę frapująca historia. Ale nawet dla samej historii zbrodni warto zobaczyć tę produkcję. 
Na marginesie irytowały też przy długie reklamy, ale to już nie wina twórców ;)

ocena [6,5/10]

serial kryminalny, 3 odcinki
reżyseria: Grzegorz Zgliński
obsada: Wojciech Zieliński, Magdalena Boczarska, Joanna Kulig, Dorota Kolak, Radosław Pazura, Małgorzata Rożniatowska i in. 

sobota, 18 października 2014

Recenzja filmu: "Ida" (2013 r.) Na szara rzeczywistość

(źródło tumblr.com)
Film przenosi nas w lata 60 XX wieku. Opowiada historię dwóch kobiet, które muszą zmierzyć się z swoją przeszłością. Każda z nich z prawdą radzi sobie na swój sposób. Jedna jest aż przerażająco spokojna, druga żyje w świecie alkoholu, papierosów i przygodnego seksu. 

(źródło tumblr.com)
Cóż mogę powiedzieć, zauroczyłam się tą produkcją. Po pierwsze za świetny intymny, klimat. Ta kameralność, surowość powstała dzięki bardzo przemyślanym zdjęciom. Plenery świetnie dobrane, które idealnie komponowały się z fabułą. Po drugie za rewelacyjne wręcz aktorstwo. Agata Kulesza w roli Wandy mistrzostwo świata. Jej każda wypowiedź, mimika jest aż do bólu przemyślana. Agata Trzebuchowska choć grała pierwszoplanową postać, musi się pogodzić z faktem, że to jej starsza koleżanka ukradła cały film. Jednakże trzeba przyznać, że również zagrała interesująco. Cichą postać też bardzo trudno zagrać. Dawid Ogrodnik jak zwykle czarował na ekranie (zwłaszcza prawdziwą grą na saksofonie altowym). Drugoplanowe postacie również z pomysłem dobrane. Świetne sceny w klasztorze. Po trzecie za to, że film jest czarno-biały. Jestem wręcz pewna, że gdyby był zrobiony w kolorze straciłby swój niepowtarzalny urok i czar.

(źródło tumblr.com)
Bałam się, że końcowe sceny zmierzą w stronę banału. Całe szczęście tak się nie stało. Tematyka filmu trudna, gdyż dotykała losu Żydów podczas II wojny światowej. Lecz ten wątek był chyba (ja to tak odebrałam) tłem do rozważań na temat życia, tego co dał nam los i co z tym zrobimy. Czy jesteśmy w stanie żyć po tym co nam się przytrafiło, zmierzyć się z przeszłością, czy jesteśmy w stanie kierować naszym życiem, czy jednak przeszłość rzutuje na nasze teraźniejsze wybory. 
Również na co warto zwrócić uwagę, to to, że twórcy bardzo dobrze oddali tamte czasy. Ubiory, muzyka, atmosfera. Tak więc "Ida" to wizualny i aktorski majstersztyk. 

P.S. Nawet, jeśli Agata Kulesza nie dostanie żadnej nominacji, to nie znaczy, że nie zagrała lepiej od tych aktorek, które będą walczyć o nagrody. Po wtóre bardzo cieszy mnie, że w końcu w Polsce powstaje coraz więcej filmów, w którym kobiety mają dużo do powiedzenia i przede wszystkim do zagrania ! ;)
ocena 8,5/10 

reżyseria- Paweł Pawlikowski
gatunek- dramat
premiera- 25 października 2013 r. 

piątek, 17 października 2014

Recenzja filmu: "Służby specjalne" (2014 r.), czyli burza w szklance wody.

Film skupia się na czasie, gdy w Polsce zostają zlikwidowane Wojskowe Służby Informacyjne. 3 oficerów zostaje zwerbowanych do nowej komórki wywiadowczej, jak się później okazuje niewiadomego pochodzenia. 



Jeśli chodzi o samą fabułę nie jest tak źle. Dobrym pomysłem było, żeby film dzielić na etapy pracy wywiadowczej oraz napisy tłumaczące slang służb. Na plus również to, że pokazano jak na agentów działa praca, zwłaszcza ta w terenie. Oczywiście bez schematów się nie obyło. "Białko" (Olga Bołądź) wstąpiła do ABW, gdyż w przeszłości miała problemy z ojcem, również swego czasu agentem. Dodatkowo teraz ma problemy na linii damsko-męskiej. Bońka (Janusz Chabior) pod wpływem choroby chce się nawrócić i zrezygnować z pracy wywiadowczej. Z kolei Cerat (Wojciech Zieliński) odpycha od siebie swoich najbliższych.
Sama praca wywiadowcza momentami interesująco pokazana. Miło, że pokuszono się o przedstawienie kilku scen, które w filmie miały miejsce w Afganistanie (szkoda, że tak krótko). Jednak nie pokazano tam nic co by mnie kompletnie zszokowało, jak zapowiadano. Muzyka utrzymywała zamierzoną w filmie atmosferę.  

Na ogromny plus przemiana aktorska Olgi Bołądź. Była bardzo wiarygodna, nie tylko swoją grą, ale również zmianą fizyczną. Brawa. Jak zwykle Chabior rewelacyjnie. Jego słodko-gorzka postać utrzymywała moją uwagę na filmie. Niestety, gdy Bołądź i Chabiora nie było na ekranie to już nie było tak kolorowo. Zieliński zagrał dobrze, ale scenariusz w tym przypadku mu nie pomagał (poza sceną w Afganistanie). Nie wiem, może był taki pierwotny zamiar, ale aktor do roli generała (Wojciech Machnicki) psuł mi bardzo odbiór filmu. Jak dla mnie kompletnie tam nie pasował...

 Muszę się również odnieść do atmosfery, która panowała wokół filmu. Gdyż to zastanawiano się, czy Vega będzie po premierze filmu dalej wieść swoje bezpieczne życie, że mu grożono etc. Po pierwsze Ameryki tam nie odkryto, zwłaszcza jeśli chodzi o samą pracę służb jako taką, czy że po publikacji raportu wielu agentów było zagrożonych. Co do samej historii to jest to fikcja fabularna, alternatywne przedstawienie rzeczywistości (czego teoretycznie niby nie można wykluczyć) i zrobiona poprawnie, nic nie było tam, czego wcześniej nie można było zobaczyć w innych produkcjach, czy gdzieś przeczytać. Idąc tym tokiem myślenia to tacy twórcy Homeland po 2. odcinku by zbiegiem okoliczności "wyparowali"... Proszę, nie twórzmy ideologi tam, gdzie jej nie ma. 

Tak więc nie czuję, żebym zmarnowała pieniądze na bilet, zwłaszcza, że nie oczekiwałam arcydzieła, ale rasowego filmu sensacyjnego. Nie do końca to właśnie zobaczyłam, ale tragedii też nie było, zwłaszcza, gdy główni aktorzy wypadli dobrze w swoich rolach. 

ocena 6/10

reżyseria- Patryk Vega
premiera-3.10.2014
gatunek- sensacyjny 

czwartek, 16 października 2014

Recenzja film: "Zaginiona dziewczyna" (2014r.) Małżeństwa portret własny

Choć film widziałam w dniu premiery to z przyczyn technicznych recenzja dopiero dzisiaj. 

Tak więc mamy małżeństwo, które obchodzi 5. rocznicę ślubu. Nagle jednak w ten piękny dzień  nie wiadomo co się stało z żoną (Rosamund Pike). W takiej sytuacji Nick, jej mąż (Ben Affleck) staje się głównym podejrzanym całego zdarzenia. Policja nie wie, czy faktycznie żonę uprowadzono , czy została zamordowana. 
(źródło tumblr.com)
Na ten film czekałam bardzo długo i się nie zawiodłam, a nawet zaryzykuje stwierdzenie, że już dawno tak dobrej produkcji nie widziałam. To dzieło mistrza Finchera najbardziej klimatem przypomina mi jego inny świetny film "Siedem". Całe szczęście nie jest to żaden melodramat małżeński, lecz rasowy thriller. Jest klimat, zwroty akcji, aura tajemnicy. Co prawda wydawałoby się, że małżeństwo Nicka i Amy przechodzi TYPOWE małżeńskie wypalenie. Mamy zdradę, rozczarowania. Ale nie, tutaj poprzeczka została bardzo wysoko podniesiona. Fabuła jest momentami niebywale zaskakująca, jest to też pewnie zasługa ciekawej książki, która była inspiracją dla tego filmu.

Aktorsko jest naprawdę ciekawie. Afflecka, którego cenię jako reżysera, niekoniecznie już jako aktora. Jest przyzwoity, a tutaj wypadł całkiem dobrze. Z kolei Rosamund Pike pierwszy raz widziałam w takiej rozbudowanej roli. Poradziła sobie bardzo dobrze. Z jednej strony potrafiła zagrać potulną, miłą żonę, z drugiej wyrafinowaną i podłą ... Ciekawe też przechodziła zewnętrzne metamorfozy. Świetny też był wybór Carrie Coon do roli siostry Nicka. Tutaj bardzo mnie zachwyciła, a po jej roli w "Pozostawieni" nie miałam o niej zbyt dobrego zdania. Smaczkiem była rola Tylera Perry'ego jako adwokata Nicka, ale ogólnie dialogi były rewelacyjnie napisane. Kim Dickens udźwignęła rolę damskiego Williama Somerseta, a  Neil Patrick Harris  ciekawie wcielił się w postać zaborczego byłego chłopaka Amy (mam tu na myśli sceny późniejsze, gdyż scena z centrum poszukiwawczego była trochę groteskowa). 

Oczywiście Fincher nie zawiódł swoich fanów, ale myślę, że każdy fan thrillerów doceni "Zaginioną dziewczynę". Jest to intryga grubymi nićmi szyta, nic nie jest tak jakby się miało wydawać, więc czego chcieć więcej. Do tego jeśli dodamy klimatyczną ścieżkę dźwiękową i świetne zdjęcia.  Nic tylko wybrać się do kina!  

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kilka słów o True Blood.

[wpis może zawierać spojlery]

Premiera 1. odcinka "Czystej Krwi" miała miejsce 7 września 2008 roku, a więc kawał czasu temu. Pamiętam, że na ten serial czekałam bardzo długo i z wielkimi oczekiwaniami. Swego czasu nawet przeczytałam 2 części książkowego pierwowzoru, co uważam za sukces, gdyż dla mnie książka była wyjątkowo słaba. Tak więc zakupione wcześniej hurtem 4 księgi musiałam sprzedać na allegro. Stąd też uważam TB za świetnie zrealizowaną ekranizacje. Po pierwsze dlatego, że z książki wzięto ogólny kształt fabuły i nazwy postaci, ale serial żył już swoim, własnych, zdaje się że lepszym życiem. Choć w książce postać Tary (przynajmniej w tych dwóch tomach) była dość marginalna i nie miałabym nic przeciwko, gdyby w serialu było podobnie. Po drugie serial miał tę swoją "świeżość" i był zgoła inny niż ówczesne produkcje. To przez TB rozpoczęłam krótką i burzliwą znajomość z "Pamiętnikami Wampirów"... 

Czołówka od początku była już kultowa i chyba jedna z lepszych ever, a piosenka przez kilka lat służyła mi jako dzwonek w telefonie ;)
Od drugiego sezonu twórcy zdecydowali się na to, żeby Czysta była serialem wakacyjnym. Myślę, że byłto strzał w 10. Oczywiście jak to serial z dość pokaźną liczbą sezonów miał swoje lepsze i gorsze momenty. Przyznam się, że do Sama przekonałam się chyba pod koniec 6. sezonu, wcześniej mnie drażnił, ale i tak chyba postać tak mnie nie irytowała jak wspomniana już wcześniej Tara ;) 
Przez te 7. sezonów przewinęło się sporo wątków i postaci. W połowie produkcja nie mogła trochę złapać oddechu, ale zawsze znalazły się pewne sceny, które ratowały odbiór serialu. 
Jeśli chodzi o Sookie to jak to główny bohater zawsze coś mogłoby być inaczej, nie powiem potrafiła irytować. Z kolei jeśli chodzi o jej chłopaka to nigdy nie byłam fanką Sama, Alcide'a czy nawet Erica. Chyba jednak Bill do niej najbardziej pasował :P
Na pewno mało ciekawe wątki były z Cristal i Debbie, dziewczynami Jasona. Wątek z Lilith też należał do tych słabszych. 


żródło tumblr.com Chyba najciekawszy czarny charakter.

Oczywiście moimi ulubionymi postaciami byli Lafayette, choć szkoda, że później nie mieli dla niego pomysłu. W ogóle brawa dla twórców, że zdecydowali się zachować Lafayette'a przy życiu, bo jak pewnie większość Was wie, postać ta ginie pod koniec pierwszego tomu książki. Również Pam i Eric, ale bez tej dramy z Sookie. Ich sceny są już kultowe. 

FINAŁ
Prawda jest taka, że finał nigdy nie zadowoli wszystkich fanów. Myślę, że jeśli chodzi o klasyfikację najgorszych finałów to HIMYM podniósł wysoko poprzeczkę ;) 
Ostatni odcinek Czystej miał swoje gorsze i słabsze momenty. 
źródło tumblr.com Jeden z epickich momentów

źródło tumblr.com Kolejny
To co się stało z Billem myślę, że było dobrym rozwiązaniem. Pasowało do tej produkcji. Z kolei krytykowana ostatnia scena szczęścia pozostałych bohaterów była również w porządku oraz logicznym ciągiem wydarzeń. Bill umierając powiedział, żeby Sookie zapomniała o nim, Ericu i tych historiach z wampirami. Minęło 7 lat, więc każdy żyje dalej, a ciąża i chyba mąż Sookie są symbolem kolei losu jak również życzenia Billa. 

Szkoda tylko, ze ostatnia scena z Eric'em tak naprawdę była odgrzanym kotletem. 
Na pewno mile będę wspominać TB. Z pewnością przyczynił się do tego również ostatni sezon pełen smaczków i dystansu twórców do siebie. Z chęcią kiedyś wrócę do tej produkcji. 

środa, 13 sierpnia 2014

Recenzja serialu: "Halt And Catch Fire" (2014)

Stacja AMC słynąca już z takich seriali jak: "Breaking Bad","Walking Dead" czy"Mad Men" wypuściła na rynek letnią produkcję osadzoną w latach 80", opowiadająca losy pewnej firmy z Dallas, która chce (bądź jak kto woli została przymuszona) wyprodukować innowacyjny jak na te czasy komputer. Ma być szybciej, taniej, lżej i do tego ma być przenośny. Ambitne plany podsyca były pracownik IBM Joe MacMillan (Lee Pace). Do współpracy namawia nie wierzącego w siebie inżyniera Gordona Clarka (Scoot McNairy) oraz młodziutką programistkę Cameron Howe (Mackenzie Davis).

Serial dość powoli się rozkręca, tak najbardziej podobał mi się odcinek 8 (początki w Vegas).  Najgorszy z kolei (nie pamiętam numeru) był on za bardzo przepełniony dramą, niczym rasowa telenowela. Co do postaci nie miałam specjalnie ulubionej. Raziły mnie trochę stereotypowe podejście do niektórych wątków. A proszę oto przykłady: mało rozgarnięty właściciel firmy, który jak tylko może przeszkadza naszym heroicznym bohaterom, Joe jest taki zamknięty i wyobcowany, nie bo taki już jest, ale oczywiście dlatego, że spotkała go tragedia w dzieciństwie i ma problemy na tle ojciec-syn. Co prawda czytałam i słyszałam, widziałam , że twórcy nie poszli po prostej linii i nie zafundowali nam romansu na tle zaniedbana żona-kolega z pracy. Może i prawda, ale za to zrobili nam inne typowe posunięcie (nie chce aż tak spojlerować).
źródło: tumblr.com

Z postaci oraz grających ich aktorów najbardziej podobał mi się Toby Huss, wcielający się w postać Johna Boswortha. Była to postać, (a zarazem gra) bardzo wyrazista i ciekawa. Jeśli mam być szczera gra Lee mnie jakoś bardzo nie porwała, choć nie powiem zagrał dobrze. Większość obsady zagrała wiarygodnie i bez większych zastrzeżeń, było też wiele świetnych epizodów. Lecz odtwórczyni postaci Cameron bardzo mnie mierziła, kompletnie mi nie pasowała. Nie wiem czy źle grała, czy też jej uroda, czy też irytowała mnie jej postać. Możliwe, że wszystko razem się nałożyło. Będę broniła tezy, że był to zły wybór castingowy.

Co prawda kibicowałam postaciom, lecz jako rasowy oglądacz seriali z przykrością muszę stwierdzić, że ta produkcja mnie nie porwała, a szkoda. Niby fajna historia, a gdzieś już ją widziałam. Oczywiście serial zawiera wiele ciekawych momentów, ale niektóre elementy psują całość. Na zakończenie dodam, że brawa za świetne oddanie klimatu tamtych czasów oraz Teksasu.
6,5/10

P.S. Dziękuję Kasi z Kay ogląda i czyta za tłumaczenia napisów :)

niedziela, 22 czerwca 2014

Recenzja serialu: "Fargo"

"Fargo", produkcji FX zadebiutowało 15 kwietnia tego roku. Jest to serialowy odpowiednik kultowego filmu braci Coen pod tym samym tytułem. 

Mamy rok 2006, stan Minnesota, miasteczko Bemidji, typowe, spokojne prowincjonalne miasteczko, gdzie połowa policjantów nie potrafiłaby strzelić do puszki ustawionej na płocie. Niestety sielankę przerywa zły Lorne Malvo (Billy Bob Thornton), który wpędza w kłopoty z pozoru ciapowatego Lestera Nygaarda (Martin Freeman). Ich spotkanie zaowocuje nieprzewidzianym zbiegiem wydarzeń, które zatrząsną mieszkańcami Bemidji. 

Rewelacyjne jest otwarcie serialu, niczym skopiowane z filmowego pierwowzoru. Początkowo  może sugerować, że produkcja FX na nowo opowie dobrze znaną nam historię. Co prawda, jest kilka odniesień (miejsce, pogoda, policjantka, ciapowaty "przestępca" etc.), ale jest to całkiem nowa historia, choć fani, mogli zauważyć pewną epizodyczną kontynuację losów pieniędzy zakopanych koło ogrodzenia :) 

Co dla mnie jest ogromnym plusem, czuć nadal klimat braci Cohen (byli oni producentami wykonawczymi). Ten absurd zdarzeń, dialogi, symboliczne sceny. Oczywiście ich styl nie jest dla każdego, podobnie jak filmy Tarantino, lubimy go albo nie. 

Na pewno jest ciekawie skomponowana obsada. Aktorzy są bardzo wiarygodni w swoich rolach. Freemana możemy oglądać w innym wcieleniu, wywiązuje się z niego świetnie. Thorntona średnio lubię, ale trzeba przyznać, iż, idealnie wpasował się w klimat i bardzo przyzwoicie wypadł. Colin Hanks zagrał bez specjalnych zastrzeżeń. Ciekawa rola Boba Odenkirka, którego wcześniej zbytnio nie kojarzyłam, a szkoda(tak, wiem jeszcze nie oglądałam Breaking Bad...). Ciekawie zagrał nowego, nierozgarniętego komendanta. Dla Allison Tolman, to była pierwsza tak ważna rola. Zagrała całkiem fajnie, lecz (możliwie, że sympatia do Freemana przyćmiła mi osąd) w przeciwieństwie do filmowego odpowiednika jej postać odrobinę mnie irytowała. I cały czas trzymałam kciuki za Lestera. Castingowcy bardzo się spisali, każdy nawet do małej rólki pasował. 

Co do kwestii muzyki, to oczywiście pasowała, fajnie komponowała się zwłaszcza z jedną z ostatnich scen, w których mogliśmy oglądać Lestera. Do kwestii technicznych nie ma się co przyczepić. Ogólnie nie mogę nic szczególnego wytknąć. Bardzo ciekawa propozycja. Muszę przejrzeć inne produkcje stacji FX, bo ta narobiła mi ogromnego smaku. 

sobota, 5 kwietnia 2014

Recenzja serialu: "Jak poznałem Waszą matkę" (2005-2014), czyli jak w czterdzieści kilka minut zepsuć cały serial.

[Recenzja zwiera wiele spojlerów]
[źródło: tumblr.com]
Oglądając finałowy odcinek HIMYM czułam jak targają mną skrajne emocje. Niestety często te negatywne. W skrócie, nie wiem czy znam serial, który miałby aż tak zbabolony finał. Co ciekawe finał ten kwestionuje sens oglądania całej tej produkcji. Czuję się oszukana i zawiedziona. 

Od razu się przyznaję, że nigdy nie byłam fanką rozwiązania Ted i Robin. Ale co ciekawe, osoby, które zawsze ich widziały razem również czują się oszukane. Bo jednak przez tyle czasu postacie bardzo się zmieniły, było widać, że ta dwójka do sobie jednak nie pasuje. 

OTO MOJE NAJWIĘKSZE ZARZUTY DLA FINAŁU:

1. Potraktowanie tytułowej matki.

Matkę jako bohatera tego serialu kupiłam od razu. Mimo, że Ted robił się coraz bardziej irytujący i żartowałam, kto by chciał z nim wytrzymać, to gdy poznaliśmy Tracy od razu ją polubiłam. Była chemia, pasowali do siebie jak nikt inny. 

Sama śmierć Matki mnie nie rozczarowała, choć jednak jestem może i konserwatywnego zdania, że jednak to był sitcom, więc tyle goryczy nie musiało się pojawić... Paradoksalnie ten zabieg tłumaczyłby dlaczego Ted opowiada dzieciom jak poznał ich Matkę. Lecz:
-->oglądając ostatni odcinek miało się wrażenie, że opowieść o matce skupiła się na tym, żeby dzieciom pokazać, że tatuś zawsze kochał Robin i teraz prosi o pozwolenie dzieci na ich związek. O zgrozo dzieci podchodzą do tematu jak do tego, co zrobić na obiad, nie przejmują się, a nawet żartują, że właśnie o tym była ta opowieść. 
--> Historia o matce, czy historia o Robin?  Dlaczego wiec mamy tytułową matkę a nie Robin? Dodatkowo, egoistyczna Robin, gdy traci Teda, który był na zawołanie zaczyna się nim interesować (patrz rozmowa Lily i Robin podczas imprezy na dachu). 
-->Mało scen z matką. Często na uboczu. Bardzo nie podobała mi się scena, w której Matka robi zdjęcie całej 5, zamiast poprosić kogoś innego o jego zrobienie. Widać, kto jest ważny, a kto nie. Potraktowano Matkę jako kolejną dziewczynę Teda. 

Wydaje się, że nawet przy koncepcji śmierci Matki ostatnią sceną jaką powinniśmy zobaczyć to ta na stacji. Czytając liczne komentarze, wiele osób tak uważa :)

2. Mało Lily i Marshalla 

I szkoda, że byli tłem dla rozwoju zdarzeń w finałowym odcinku. Tylko kolejne dziecko, Marshall zostaje sędzią. Nie mieli żadnego ciekawego zakończenia.

3. Jak potraktowano przemiany bohaterów.

Mimo, że każda z postaci jakoś ewaluowała przez te wszystkie lata ostatni odcinek pokazał niewyobrażalny regres każdej postaci. Szkoda... I co z tego, że scenariusz napisano ileś lat temu. Naprawdę nie było czasu na zrobienie poprawek?!  Tu najbardziej szkoda Barneya, bardzo się zmienił, ale w finałowym odcinku znowu był tym samym Barneyem, twórcą playbooka. 

4. Ostatnia scena. 

Pytam się dlaczego to zrobiono. Scena pewnie miała być romantyczna i ckliwa, a mi się chciało płakać tylko ze złości... 
Przykre, że twórcy wyrzucili do kosza całe 9 lat. I oszukali nas fanów. Wodzili nas za nos, że miłość może przyjść późno, że może być piękna i dojrzała. Dostaliśmy w zamian ostateczni związek Robin i Teda, którego już się nikt nie spodziewał i z pewnością wielu już takiego rozwiązania już nie chciało. Wyszło na to, że Matka była tylko przystankiem w życiu Teda, on w głębi serca czekał, aż ta dziewczyna, którą poznał w barze zrozumie, że go kocha i chce z nim być... 
Ok, może i minęło od śmierci matki 6 lat, ale dla nas fanów, minęło zaledwie kilka sekund. Poza tym jednak Robin była byłą żoną Barneya... Co ciekawe, po co poświecono na ślub Robin i Barneya 2 sezony, by ich małżeństwo trwało 5 minut czasu antenowego? :) 

Paradoksalnie cieszę się z takiego zakończenia, bo z pewnością nigdy już nie wrócę do starych odcinków HIMYM, żeby nie tracić czasu. A szkoda, bo HIMYM miał potencjał, który zmarnował się wraz z obejrzeniem ostatniej sceny serialu... 

Jedna z nielicznych ciekawych scen finałowych. [źródło: tumblr.com] 


P.S. Osoby, które usilnie bronią tego zakończenia nazywają osoby, którym zakończenie się nie podobało (czyli mnie) hejterami, osobami, które nie rozumieją zakończenia bądź co gorsza nie chcą zrozumieć (sic!). Myślę jednak, że każdy ma prawo do własnego zdania, zwłaszcza, jeżeli na dany serial poświecił prawie dekadę. 

źródło: tumblr.com

czwartek, 20 marca 2014

Recenzja filmu: "Kamienie na szaniec" (2014)- Gdzie jesteś Alek?

[Recenzja może zawierać spojlery]

[źródło tumblr.com]
"Kamienie na szaniec" to adaptacja książki pod tym samym tytułem autorstwa Aleksandra Kamińskiego.  Są to losy Szarych Szeregów opowiedziane z perspektywy trzech bohaterów Alka, Rudego oraz Zośki. Tu nie chcę wdawać się w szczegóły, bo myślę, że każdy z nas zna choć trochę powyższą historię.

FABUŁA
Scenarzyści wybrali, że to Zośka będzie naszym głównym bohaterem. Mnie jako fana książki cały film dręczyło pytanie "Gdzie jest Alek?!" Śmieszne, że to właśnie aktorzy grający właśnie te postacie promowały film, ale sama postać Alka może odezwała się ze 3 razy. Choć myślę, że jakbym nie czytała książki to by mi ten zabieg w ogóle nie przeszkadzał. Sam scenariusz nie jest tak zły jeśli chodzi o historię chłopaków z Szarych Szeregów. Dla mnie jedynym dużym minusem fabuły były młode postacie żeńskie. O ile teoretycznie mogę zrozumieć, że twórcy lubią wplatać wątek romansowy w niemalże każdą historię o tyle tu mnie ta sytuacja bardzo drażniła. Jednakże młode panny są do granic możliwości rozhisteryzowane i zachowują się jakby żyły w innej rzeczywistości. 
Co prawda są rozbieżności z pierwowzorem, ale jak to kiedyś mądrze usłyszałam adaptacja to nie film dokumentalny :) 

OBSADA
Młoda męska część obsady naprawdę dobrze się spisała. Tomkowi Ziętkowi (Rudy), Marcelowi Sabatowi(Zośka) czy Kamilowi Szeptyckiemu (Alek) życzę wielu ciekawych ról, bo na nie bardzo zasługują. Nie odstępowali na krok swoich starszych kolegów. Andrzej Chyra jako zarozumiały łącznik z AK rewelacja. Stenka, Globisz czy Żmijewski to również klasa sama w sobie. Wojciech Zieliński jako "Orsza" również bez zarzutu. Mam nadzieję, że częściej będzie pojawiał się na dużym ekranie. Tak więc obsada to duża zaleta tej produkcji. Duży też plus, że oficerów SS, którzy przesłuchiwali Rudego mówili po niemiecku. Dodawało to większego realizmu. 

KWESTIE TECHNICZNE
Tutaj też bez większych wpadek. Muzyka ciekawa, charakteryzacja i scenografia dobrze zrealizowana. Na duży plus, że reżyser nie pokusił się o kolejny martyrologiczny film. Nie ma tutaj zbędnego patosu, długich rozmów jak to jest nam źle tylko tylko żywa akcja. Mimo skromnego jak na polskie realia budżetu wyszła naprawdę smaczna produkcja.   

PODSTAWOWE DANE:
premiera: 7 marca 2014 
reżyseria: Robert Gliński
gatunek: dramat wojenny

piątek, 7 lutego 2014

Recenzja filmu: "Jack Strong" (2014)- Odcienie naszej trudnej przeszłości.

[RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOJLERY]

Nie ukrywałam, że na ten film czekałam bardzo długo, mając przy tym wiele oczekiwań. Film chciałam obejrzeć z wielu powodów, jednym z nich jest moje dość duże zamiłowanie do historii XX wieku. 

źródło: filmweb.pl
FABUŁA

Jest to thriller szpiegowski opowiadający historię żołnierza Ludowego Wojska Polskiego- pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, który przez ponad dekadę do roku 1981 roku współpracował z CIA, pod pseudonimem Jack Strong. 

Myślę, że wbrew pozorom postać pułkownika Kuklińskiego nie jest aż tak w Polsce znana. Podejrzewam, że wiele osób po usłyszeniu, że Pasikowski kręci nowy film doczytało informację na ten temat, trzeba przyznać, że są szczątkowe. Niestety tak to jest z tajnymi misjami służb specjalnych. 

Pewne jest, że Kukliński współpracował z CIA, w 1981 roku musiał z rodziną uciekać do USA, przez wyciek informacji z Watykanu (obecnie trwają spekulacje, który kardynał mógł współpracować z ówczesnym KGB) oraz to, że ciążył na nim wyrok śmierci za zdradę, a postępowanie umorzono na początku lat 90' ze względu na stan wyższej konieczności.

Można by rzec, że Pasikowski lubi wkładać kij w mrowisko. Jego poprzedni film "Pokłosie" podzielił Polskę, podobnie jest z wchodzącym dzisiaj do kin "Jackiem Strongiem". Ja tam w obydwu dziełach nie widzę żadnych kontrowersji, ale co tam :) 

Historia skupia się przeżyciach głównego bohatera (Marcin Dorociński) od czasu jak decyduje się na współpracę do wczesnych lat 90. Niektórzy zarzucają filmowi, że postacie kobiece nie są tak rozbudowane, że żona Kuklińskiego (Maja Ostaszewska), pojawia się niezwykle rzadko i nie ma zbyt dużo do powiedzenia. Również rola Dagmary Domińczyk jest też bardziej epizodyczna, 3-planowa. Jak zawsze ubolewam nad tym, że często role kobiece są prowadzone stereotypowo i są mało ciekawe, to tym razem ten zarzut jest nietrafiony. Po pierwsze żona nie mogła nic wiedzieć, w razie schwytania lepiej było dla niej, żeby nic nie wiedziała, po drugie to nie jest telenowela, żeby pokazywać zwykłe życie dwoje ludzi, tylko jest to film szpiegowski (!) i na tym twórcy się skupili. Ci co chcą zobaczyć sceny miłosne czy tzw. cycki- niestety nic tu po was :) I chwała za to twórcom. 

Co mi średnio przypadło do gustu to niektóre reklamy porównujące historię Jacka do Bonda. Poza nazwą szpieg, tak naprawdę nic nich nie łączy. Co do samej nazwy szpieg, to bardzo mi się podobała jedna scena, w której David, prowadzący Jacka (Patrick Wilson) mówi: "on nie jest szpiegiem, jest aliantem".  I może nazwiecie mnie naiwną, ale w kontekście historii nie oceniałabym surowo pułkownika. Z kontekstem, w jakim Władysław Pasikowski przedstawił Jacka się zgadzam. (więcej nie napiszę na ten temat, obiecałam sobie, żeby w recenzji było jak najmniej odniesień do historii czy antagonizmów szpieg-bohater).

OBSADA

Już od dawna wiedziałam, że Marin Dorociński to jeden z lepszych aktorów swojego pokolenia. Tu również spisał się znakomicie. Co do Wilsona to przyznaję się, że przekonałam się do niego tak na dobre dopiero w zeszłym roku, przy oglądaniu filmu "Obecność". Zagrał bez zarzutu, a trzeba powiedzieć, że większość dialogów prowadził w języku polskim (!). Co o tyle jest zabawne, że jego żona Dagmara (rodzice to rodowici Polacy) , może poza jednym zdaniem, mówi w języku angielskim :)

Cała osada spisała się bardzo dobrze, drugoplanowe role również przyciągały, widać, że każdy dał z siebie wiele. Z drugiej strony nazwiska takie jak Ostaszewska, Zamachowski, Globisz, Czop czy Pieczyński to gwarant dobrej gry aktorskiej. Bardzo podobało mi się, że każdy bohater mówił w języku, jakiej był narodowości bądź posługiwał się innym do komunikacji. Obsady "radziecka" oraz "amerykańska" również interesująco dobrana, brawo za casting. Dodam tylko, że Krzysztof Dracz jako generał Jaruzelski to bardzo ciekawie i dobrze zagrany epizod. 

Pasikowski mimo trudnego tematu, wykazuje się sporym dystansem, czego przykładem jest postać Putka (rewelacyjny Mirosław Baka). 


Całość dopełnia muzyka napisana przez Jana Duszyńskiego jest smacznym tłem dla wydarzeń dla ekranie.


"Jack Strong" to bardzo dobry film szpiegowski, jeden z lepiej zrobionych polskich filmów ostatnich lat. Jednak mimo małego budżetu można stworzyć coś ciekawego. 
Było "Pokłosie", teraz "Jack Strong", ciekawe co Pasikowski wymyśli następnego. 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Podwójna recenzja: Idy Marcowe (2011) oraz Fair Game (2010).

Witam,
Wczoraj miałam okazję obejrzeć dwa filmy o tematyce politycznej: "Idy marcowe" oraz "Fair Game". Łączy ich temat- polityka oraz to, że rozgrywki na tym polu nigdy nie są czyste. 
źródło: filmweb.pl

"Idy" to historia prawyborów prezydenckich w stanie Ohio. Zostało tylko dwóch kandydatów Demokratów w wyścigu, w tym gubernator Morris (George Clooney), w którego sztabem kieruje Paul (Phillip Seymour Hoffman) oraz Steven (Ryan Gosling), a ekipa z Tomem Duffy'em (Paul Giamatti) na czele za wszelką cenę chce, żeby wygrał ich kandydat Pullmann. 

Szczerze historia jakich wiele, dwóch kandydatów, ciosy poniżej pasa, manipulacje i gierki. Nieświadoma żona, romans ze stażystką, a ktoś to musi posprzątać. Plusem jest, że jest to tło to kluczowych wydarzeń jakimi są rozgrywki między menadżerami kampanii oraz jakie wartości są dla nich najważniejsze. Dla jednych jest to lojalność wobec swoich, dla innych wygrana i prestiż. 

W tym miejscu pewnie się narażę wszystkich fankom Ryana Goslinga, lecz w tym filmie gra on przeciętnie, jego postać jest "ciężka" dla fabuły, a już na pewno nie ratuje filmu. Z kolei jak zwykle możemy oglądać popis aktorskich Hoffmana oraz Giamatti'ego. 

Powiem tak bardzo chciałam film zobaczyć, ale jakoś mnie nie zachwycił, ani bardzo nie zraził. At kolejny niezły film. 

źródło: filmweb.pl

Z kolei "Fair game" opowiada historię  agentki CIA (Naomi Watts), której mąż- były ambasador (Sean Penn) wytyka kłamstwo w orędziu George'a Busha dot. inwazji na Irak. Zaczyna się zmasowany atak na niego jak i całą rodzinę. Biały Dom ujawnia prawdziwe nazwisko agentki i tym zostaje zdekonspirowana. Małżonkowie będą próbowali na własne sposoby wyjść z tej sytuacji z jak najmniejszym szwankiem.

Fabuła opiera się na książce byłej agentki Valerie Plame, o której świat usłyszał w 2003 roku. Za jej dekonspiracje ktoś ważny z Białego Domu poniósł karę, choć co jest dla mnie karygodne Prezydent Bush z mocy prawa łaski skrócił tą karę... 

Ale wracając do filmu jest bardzo ciekawy, możemy oglądać jak wygląda praca w CIA i co to znaczy przyjaźń w tych służbach... Również, że z polityką się nie wygra... I jak jedna decyzja "góry" potrafi przewrócić Twoje całe życie do góry nogami. 

Dodatkowo aktorsko film prezentuje się całkiem dobrze. Dziwne, że w Polsce i ogólnie przeszedł bez echa... 

niedziela, 29 grudnia 2013

Recenzja filmu: Fighter (2010)- Czy z rodziną najlepiej wychodzi się na fotografii?

źródło filmweb.pl
Ten film chciałam obejrzeć od bardzo dawna, jeszcze zanim trafił do szerokiej dystrybucji. Pech chciał, że dopiero teraz miałam okazję. Mam słabość do filmów bokserskich, możliwe, że to dzięki mojemu tacie z którym obowiązkowo oglądałam wszystkie części "Rocky'ego", więc pewnie sentyment pozostał. 

Ten film również opowiada o drodze na szczyt boksera Micky'a "Irisha" Warda (Mark Wahlberg). Ma 8 rodzeństwa, w tym Dicky'a (Christian Bale), byłego boksera zawodowego, który stał się dumą ich małego miasteczka. Dicky pragnie powrócić jeszcze na ring, lecz gdy staje się to praktycznie niemożliwe trenuje swojego młodszego brata, aby ten odniósł sukces. Ich trochę apodyktyczna matka (Melissa Leo) zapatrzona jest w Dicky'a, ciągle wierzy, że ten powróci w chwale. Micky musi przezwyciężyć skomplikowane sytuacje rodzinne, własne słabości i kompleksy oraz legendę swojego brata. Pomaga mu w tym dziewczyna (Amy Adams). Film oparty na faktach.

Można rzec, że fabuła nie jest oryginalna. Mamy marzenie i nasz bohater mimo wielu przeciwności losu zmierza do celu. Jednakże fabuła jest przedstawiona w sposób nietuzinkowy, naprawdę ciekawie się ogląda. Mimo tych wszystkich zawirowań mamy jednak pozytywny wydźwięk- nie ważne ile kłótni przeżyłeś, na końcu rodzina sobie wybacza. 

Ciekawie też zmontowano film, gdy oglądamy dokument jest inny obraz, gdy oglądamy walkę wydaje nam się, że oglądamy ją naprawdę, gdyż są efekty typowe przy walkach bokserskich. 

Największym atutem jest tu jednak aktorstwo przez duże A! Christian Bale zagrał rewelacyjnie, w pełni zasłużony Oscar. Grał bardzo ciekawą postać i jego kreacja była bardzo autentyczna. Melissa Leo również świetnie odegrała rolę matki. Amy Adams z kolei pokazała się w całkiem innej roli, niż można było ją oglądać w tamtym czasie. Niektórzy twierdzą, że przy tym układzie sił nie pasował Mark Wahlberg. Jednak uważam, że jak na swoje możliwości spisał się przyzwoicie i nie ma co się go czepiać. 

Jest to bardzo dobry dramat, ze świetną obsadą. "Fighter" zdecydowanie jest lepszy od innych filmów z tego gatunku, broni się dobrze skrojoną fabułą i jak już podkreślałam do znudzenia bardzo dobrą obsadą. 



DANE TECHNICZNE
data produkcji : 2010 rok
gatunek: dramat biograficzny, sportowy
reżyseria: David O. Russell 

P.S. Widzę, że obsada nowego filmu Russella- "American Hustle" to w połowie "Fighter", w połowie "Poradnik pozytywnego myślenia". 

sobota, 16 listopada 2013

Recenzja filmu "Kapitan Philips": Run Captain, run!

(źródło tumblr.com)

8 listopada na ekrany polskich kin wszedł amerykański film, oparty na książce "Kapitan Philips". Premiera tego obrazu została przyćmiona innym filmem: Thorem 2. Jednak ja, zamiast na Thora wybrałam się na ten pierwszy film i nie żałuje.

Film opowiada historię tytułowego Kapitana Philipsa (Tom Hanks), który żyje z tego, że dowodzi statkami towarowymi. Tym razem jego zlecenie obejmuje trasę do Mombasy w Afryce przez tereny somalijskie. Dostaje w większości nową załogę, nowy statek i musi sobie jakoś radzić. Pozorny spokój zakłóca obraz radaru, który pokazuje, że jakieś dwie niezidentyfikowane małe jednostki próbują do jego statku dopłynąć. Oczywiście po jakimś czasie jesteśmy wręcz pewni, że są to somalijscy... piraci.


Kilka lat temu gruchnęła wieść w telewizji, że powraca problem piractwa morskiego, zwłaszcza u wybrzeży Somalii. Kapitan Philips przeżył taką sytuację i opisał ją w książce, która stała się podstawą do nakręcenia tego projektu. Jest to chyba pierwszy obraz, który traktuje o współczesnym problemie piractwa morskiego, który się rozrasta i jest coraz większym globalnym problemem.

PIERWSZE WRAŻENIA:
Wiecie, że gdy film się skończył i pokazały się napisy na ekranie, cala widownia była cicho, przez chwilę nikt się nie poruszał. Obraz przez większość czasu tak trzymał w napięciu. Hanks znowu w wielkiej formie! Już mu wybaczyłam wpadkę w "Kodzie Da Vinci".
(źródło: tumblr.com)


AKTORSKO:
Jak już napisałam, Tom po raz kolejny udowodnił swoją klasę aktorską. Na wielki plus, że osoby wcielające się piratów somalijskich mówiły w etnicznym języku przez większość czasu, a angielski bardzo łamali, dzięki temu obraz był jeszcze bardziej autentyczny. Drugoplanowe role też ciekawe, dobrze, że grali to również aktorzy mniej znani, dodawało to naprawdę takiej większej prawdziwości.

FABUŁA:
Prywatnie bardzo ciekawi mnie zjawisko piractwa morskiego, świetnie, że były pokazane tutaj wszelakie procedury i niuanse prawne, również te słabsze strony, że marynarze są często przez większość czasu zdani na siebie, jak to na nich wpływa, jakie postawy przeważają.  Reżyser nie chciał ani oskarżać, ani tłumaczyć piratów morskich, starał się być bardziej biernym obserwatorem.
(źródło: tumblr.com)

PODSUMOWANIE:
"Kapitan Philips" to opowieść o aktualnym globalnym problemie, ze świetną obsadą, trzymająca nieustannie w napięciu. Na pewno nie będziecie żałować tych 2 godzin 14 minut w kinie (plus reklamy oczywiście :D).

P.S. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu! Jeden z lepszych jakie kiedykolwiek widziałam.




DANE TECHNICZNE:
rok: 2013
reżyser: Paul Greengrass ("lot 93", trylogia o Bournie)
produkcja: USA
gatunek: dramat biograficzny


czwartek, 15 sierpnia 2013

Recenzja filmu: Minionki rozrabiają 2 (2013)

Cześć,
dzisiaj spóźniona recenzja filmu: Minionki rozrabiają 2.

Na wstępie muszę się przyznać, że nie miałam okazji zobaczyć pierwszej części tj. Jak ukradłem księżyc z 2010. Nie wiem czy korzystnie/negatywnie wpływa na moją recenzję, mam nadzieję, że podzielą się ze mną opinią osoby, które miały okazję zobaczyć właśnie tę produkcję.

A teraz przejdźmy do konkretów. Gru, który obecnie zajmuje się tylko legalnymi interesami, opiekuje się trzema słodkimi dziewczynkami. Tytułowe Minionki natomiast pomagają mu w fabryce żelek oraz w wszelkich pracach domowych, które na Gru spoczywają. Ich sielanka trwała by, gdyby nie pewien złoczyńca, który kradnie substancję z rządowego laboratorium, która zmienia wszystkie istoty żywe w niebezpieczne potwory. Tajna organizacja rządowa, będąca pod wrażeniem wyczynu Gru (w pierwszej części, jak prawidłowo spojleruje tytuł ukradł on księżyc) zwerbuje go do bardzo ważnej i tajnej misji. Jego partnerką będzie, niekonwencjonalna, ale bardzo sympatyczna Lucy.

(Tytułowe Minionki- źródło: filmweb.pl)

Minionki są bardzo sympatyczne, a dziewczynki przeurocze. Cały seans kibicujemy wszystkim bohaterom, wierząc, że wszystko dobrze się skończy. Jednakże, jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to, że jest to oczywiście film dobry, ale z kategorii poprawnych. Nie ma w nim nic nowego, zaskakującego, świeżego. Ale chyba najważniejsze, że to dzieciom animacja się bardzo podoba. Mój mały kuzyn, z którym byłam w kinie, a wcześniej w zoo i innych miejscach, najbardziej cieszył się własnie po seansie i bardzo dłuuugo o tej produkcji opowiadał. Jest to właśnie bardzo dobra propozycja do kina na wakacyjne popołudnie z dzieckiem. Dorosły nie będzie się nudził, bo dzięki świetnym bohaterom, mimo, iż znany nam jest schemat i prawdopodobne zakończenie (oj byłabym mocna zła, gdyby było inne :P ) oglądamy bezwiednie cały film, a dziecko cały seans siedzi wpatrzone w ekran, a później cieszy się, że go oglądało. Skutkiem ubocznym niestety często po takim filmie jest, że dziecko zbyt dużo opowiada i zadaje nam pytań, aż można mieć dość tego filmu. Lecz przy Minionkach, takim pozytywnym filmie, nie sposób być zmęczonym :) 



Dubbing jak zwykle bardzo dobry, przy animacjach, nam Polakom wychodzi on niezwykle bardzo dobrze. Muzyka oraz grafika również na dobrym poziomie. Nawet jakbym próbowała się do czegoś doczepić, naprawdę jest ciężko. 

Tak więc Pixar po raz kolejny zaprezentował nam kolejną, dobrą produkcję. Z reakcji dzieci wynika, że im animacja się bardzo podobała, a to chyba najważniejsze. Dla starszej części widowni, możliwe, że film będzie się wydawał mało śmieszny, nic nowego nie wnoszący, lecz nie można tej produkcji odmówić takiego ciepła i pozytywnych emocji. I to jest bardzo miła odmiana, bo czy nie jest fajnie, spędzić 1,5 godziny w kinie, uśmiechając się i naładować baterie?! 

Możliwe, że dla tego jest to najbardziej kasowa animacja spod szyldu DreamWorks. A są już plany na trzecią część, możliwe, że już w przyszłym roku. 

Moja ocena: 7/10

Pozdrawiam

środa, 31 lipca 2013

Recenzja: Gorący towar/ The Heat

(Możliwe spojlery!!!)

Można rzec w końcu!  Na rynku pojawił się film kumpelski (policyjny) w odmianie żeńskiej. O partnerach policyjnych było już mowa nie raz ( ostatnie End of Watch, Zabójcza broń, Showtime, Gliniarz z Beverly Hills itd). Reżyser "Druhen" przedstawił nam obraz dwóch kobiet pracujących w zdominowanych przez mężczyzn zawodzie. Sara (Sandra Bullock) jest agentką FBI, której marzy się awans, z kolei Shannon (Melissa McCarthy) pragnie oczyścić ulice Bostonu z jak największej liczby złoczyńców, w swój oryginalny, ale w miarę skuteczny sposób.

Każda z bohaterek jest inna. Pierwsza bardzo ambitna, poprawna politycznie, wszechwiedząca, skuteczna, lubiąca wygrywać, natomiast nielubiana przez kolegów.  Druga nie dba o siebie, jest wulgarna, mówi prosto z mostu o tym co myśli, bezkompromisowa i lubiąca działać sama, często bez zastanowienia, z pogwałceniem wszelakich procedur. Te dwie panie będą musiały współpracować, gdyż zakończenie tejże sprawy leży w interesie obydwu: jedna otrzyma awans, druga uratuje brata i innych mieszkańców Bostonu przed niebezpieczną osobą. 

Podczas tej współpracy nasze bohaterki wiele się od siebie nauczą. Sara zacznie lepiej wyrażać swoje emocje, zrozumie, że nie zawsze procedur da się przestrzegać w obronie sprawiedliwości, a Melissa zauważy, że spontaniczność nie zawsze popłaca. Jednak najważniejsze, że zyskają w tej drugiej siostrę, której nigdy żadna z nich nie miała i pod wpływem siebie nawzajem zmieniają własne życia. 

Melissę, którą znam od czasu Kochanych kłopotów bardzo lubię oglądać. Zauważyłam, że coraz częściej jest obsadzana w wyrazistych, niepoprawnych politycznie rolach, a realizacja wychodzi jej znakomicie. Z kolei Sandra jak zwykle zyskuje sympatię widzów, kolejna jej udana produkcja. Obydwie aktorski stworzyły zgrany zespół, widać między nimi partnerską chemię. 

Drugoplanowe postacie to też często istne smaczki. Albinos jako detektyw w wydziale narkotykowym i jego potyczki słowne z Shannon są rewelacyjne, Rajos i jego ucieczka przed Shannon, czy problemy Sary z jej kolegami z pracy. Sceny te są ciekawym i uzupełniającym się dodatkiem który w ciekawy sposób scala całą produkcję. 

Może i oczekiwałam odrobię więcej od Gorącego towaru, to i tak się nie zawiodłam. Co prawda trochę szkoda, że nie było więcej komicznych scen, ale ogólnie cała fabuła została dobrze przemyślana. Jest to dobry krok w zmianie podejścia w Hollywood do filmów o tematyce kobiecej. Nie musi to być koniecznie komedia romantyczna, a konkretne dzieło, nieoprawne politycznie oraz  z pazurem. 

MOJA OCENA: 8/10

Pozdrawiam!

wtorek, 16 lipca 2013

Recenzja: POKŁOSIE

Witam Was wszystkich :)
Dzisiaj zamieszczę recenzję filmu "Pokłosie" Pasikowskiego. Jestem szczególnie ciekawa waszej opinii, gdyż tę recenzję napisałam już jakiś czas temu, ale nie ujrzała ona do dzisiaj światła dziennego. 

POLSKIE PIEKIEŁKO
Pasikowski, znany z mocnego kina po raz kolejny wywołuje burzę w polskiej społeczności. Jego najnowsze dzieło wzbudza bardzo skrajne emocje, od zachwytu po pogardę. Jedni chwalą go za odwagę i wzięcie na warsztat bardzo potrzebnego tematu dla Polaków, inni z kolei widzą w nim propagandzistę o zabarwieniach antypolskich. Jedno jest pewne, cel został osiągnięty-obraz wyzwala emocje, gdyż jak to kiedyś usłyszałam: "lepsza jest nienawiść od obojętności".
"Pokłosie" to początkowo niewinna historia. Jeden z Kalinów przyjeżdża z USA
w odwiedziny do brata i ojcowizny. Jednak już po przylocie Franciszek (Ireneusz Czop) dostrzega, że w jego małej ojczyźnie dzieje się źle, a najbardziej obrywa się jego młodszemu bratu Józkowi (Maciej Stuhr). Przyczynkiem do zamieszania i nagonki stają się żydowskie płyty nagrobne, które Józek wykopuje z całej okolicy i przenosi, ku niezadowoleniu reszty społeczeństwa na swoje pole, aby oddać im należny szacunek i stworzyć prowizoryczny cmentarz. Okazuje się, że filmowe "Żydki"[taką nazwą bohaterowie posługują się w rozmowach między sobą, intencją autora recenzji nie jest obraza nikogo] wpędzają go w nie lada kłopoty i ostracyzm, a na dodatek zostawia go żona i wyjeżdża z dziećmi szukać szczęścia za Ocean. Mimo napiętej atmosfery młodszy Kalina dąży do zrealizowania swojego celu. Mimo, iż początkowo Franek nie chce mu pomóc, to ostatecznie on jako jedyny będzie wierzył w idee tego przedsięwzięcia.
Reżyser nie boi się bezkompromisowych wątków, pokazuje pełną brutalność ludzi i często zaściankową mentalność. W filmie wyczuć klimat westernu, dramatu czy też kryminału. Mimo, ze film z każdą minutą odkrywa coraz bardziej wstydliwe piętno przeszłości, to dla mnie jest to bardziej historia uniwersalna, z pewnością nie mająca na calu wytknięcia Polakom, że podczas wojny zachowywali się niehonorowo. Jest to bardziej historia pokazująca jak jedno zdarzenie może rzutować na następne pokolenia, jak jesteśmy w stanie zmienić swoje morale przy nacisku dużej grupy, oraz jak zaściankowość może zniszczyć drugiego człowieka.
Premiera filmu pokazuje jak alergicznie podchodzimy do pokazywania nas, Polaków w złym świetle. Wszyscy bez wyjątku możemy być dumny z naszych przodków, lecz nie wolno nam zapominać, że na tym pięknym pomniku jest kilka dużych rys, których jako społeczeństwo mamy obowiązek negować i nigdy więcej do takich sytuacji doprowadzać.Pasikowski przez 7 lat próbował zrealizować "Pokłosie" nie mogąc znaleźć sponsorów. Na pewno pozytywnie wpłynęło to na Macieja Stuhra, przez ten czas wydoroślał i mógł być bardziej wiarygodny jako małorolny chłop, choć jego postura i tak zostawiała wiele do życzenia. Czop z kolei stworzył świetną kreację, chyba najlepszą w jego dotychczasowej karierze. Na plus również reszta obsady, na czele z Masztalerzem i Radziwiłowiczem.
"Pokłosie" to dzieło bezkompromisowe i przybliżające jeden z tematów tabu naszego społeczeństwa. Jest to dzieło smaczne, choć może faktycznie końcówka odrobinę za mistyczna, jednak wpisująca się w całokształt poprowadzonej fabuły.